Recenzje książek

Anatol Taras „Anatomia Nienawiści. Stosunki polsko-rosyjskie XVIII-XX w.”

Pierwszym impulsem do sięgnięcia po „Anatomię nienawiści” było białuruskie pochodzenie autora. Ciekawość tego, co może zaprezentować pisarz z odizolowanego politycznie kraju wzięła górę nad strachem spowodowanym sporą objętością książki. Po zakończonej lekturze mogę stwierdzić jasno: warto było poświęcić nieco czasu.
„Anatomia nienawiści” jest książką historyczną opowiadającą o stosunkach polsko-rosyjskich od początku XVIII wieku do końca II wojny światowej. Jest to także książka o Białorusi i Białorusinach, tak często w opracowaniach pomijanych.

Na początku spodziewałem się, że będzie to jedna z wielu książek historycznych, przy których będę wypisywał w zeszyciku kolejne ważne wydarzenia i postaci; tym razem musiałem się zmierzyć z czymś niespotykanym. Autor krytykuje politykę Rosji (czy ZSRR), zarówno tą prowadzoną w przeszłości jak i obecnie. Widać w tekście tą otwartą wrogość, jednak obrywa się obydwu stronom – polski rząd sanacyjny zostaje skrytykowany (zresztą słusznie) za prowadzenie obozu dla więźniów politycznych w Berezie Kartuskiej i parę innych.
Szczególnie w części poświęconej XX wiekowi widać jak bardzo Białorusini byli pokrzywdzeni przez imperialistyczną Rosję, stanowiąc kartę przetargową lub bufor, czy źródło „mięsa armatniego” na froncie albo po prostu siłę roboczą w obozach. Okazuje się także, że Wilno jest bliskie nie tylko Polakom i Litwinom, lecz także Białorusinom. Po przeczytaniu kolejnych stron, widać jakim kunsztem (albo raczej cynizmem) propagandowym posługiwał się Związek Radziecki. Z książki można też się dowiedzieć o tym jak współcześnie wygląda nauka historii w Rosji i Białorusi, wszystko to okraszone pieczołowicie zredagowanymi przypisami redaktora. W rezultacie otrzymujemy książkę o historii, kulturze i polityce.

Książkę jak najbardziej polecam z wielu powodów: po pierwsze jest to świetna i zapadająca w pamięć powtórka przed maturą; po drugie: krytyczne spojrzenie na historię Polski (moim zdaniem znacznie przejrzyściej ukazane niż np. u Normana Daviesa) pozwoli uzupełnić ubytki spowodowane jednostronną analizą źródeł wielu polskich autorów. I na koniec dla mnie najważniejsze: „Anatomia nienawiści” stanowi swego rodzaju portret walczących o własną, narodową kulturę Białorusinów, co w kontekście coraz silniejszych ruchów niepodległościowych i nieśmiałych kroków Łukaszenki w stronę wsparcia rodzimej kultury i wyjścia z izolacji może się okazać przydatnym kawałkiem wiedzy, pozwolającym na zrozumienie społeczeństwa białoruskiego, o którym z mass mediów i podręczników szkolnych nie dowiemy się tak naprawdę nic.

Przemek

Niesamowity thriller psychologiczny, który trzyma w napięciu aż do ostatniej strony. Towarzyszące przez całą lekturę uczucie niepokoju i grozy z każdym następnym rozdziałem narasta, tworząc niepowtarzalny, mroczny klimat. Wciągająca fabuła oraz wartka akcja sprawiają, że nie sposób jest się od niej oderwać.

„Na zapleczu nieczynnego sklepu mięsnego policjanci znajdują niezidentyfikowane zwłoki młodej kobiety, której zaszyto usta i… krocze. Do sekcji zwłok przystępuje doktor Winston i jego młodziutki asystent. Oględziny przynoszą jednak więcej pytań niż odpowiedzi, a ich tragiczny finał wywołuje niemałą panikę w szeregach policji LA. Rozpoczyna się intensywne śledztwo. Do akcji wkraczają Robert Hunter i Carlos Garcia ze specjalnej jednostki wydziału zabójstw. Detektywi odkrywają wkrótce, że prowadzone przez nich śledztwo łączy się ze sprawą porwania prowadzoną przez prywatną detektyw Whitney Meyers. Hunter nabiera też przekonania, że sadystyczny morderca mógł porwać nawet kilka kobiet jednocześnie, i najwyraźniej dopiero się rozkręca. Wkrótce policjanci znajdują kolejne zwłoki…”

„Bądź sobą. Nikt nie zrobi tego lepiej niż Ty sam.”

Polecam „Nocnego prześladowcę” wszystkim pasjonatom gatunku, oraz każdemu kto lubi mocne wrażenia,wstrząsające opisy miejsc zbrodni i zaskakujące, niespodziewane zakończenia.

Natalia

Po książkę Yrsy Sigurdardóttir sięgnęłam jedynie przez to, że leżała na półce z nowościami. Nieznane mi nazwisko autorki i dość banalny tytuł nie wzbudzały większych emocji. Wszystko wskazywało na typowy, skandynawski kryminał. Jednak, jak się przekonałam, pozory myliły i „Niechciani” okazała się być jedną z najlepszych książek jakie w tym roku przeczytałam.

 

Akcja toczy się dwutorowo, autorka przeplata wątek dwudziestowiecznego ośrodka wychowawczego dla chłopców w Krókur, gdzie w tajemniczych okolicznościach giną dwaj młodzi chłopcy z życiem współczesnego urzędnika Ódinna, który po śmierci żony musi przejąć opiekę nad jedenastoletnią córką Run. Pierwsza historia przedstawiana jest przez Aldis, pracownicę ośrodka marzącą o wyrwaniu się ze smętnej prowincji i zaczęciu nowego życia w wielkim mieście. Ponura codzienność dziewczyny odmienia się wraz z przybyciem do ośrodka niewiele młodszego od niej chłopaka, w którym zakochuje się z wzajemnością. Szybko jednak sytuacja staje się jeszcze gorsza, a Aldis jest świadkiem jego śmierci. Życie Ódinna, bohatera drugiego wątku, wywraca się do góry nogami, gdy spada na niego obowiązek rozwikłania zagadki owej tajemniczej tragedii sprzed lat. Dodatkowo, zaczynają się problemy z Run, która zdaje się skrywać jakiś mroczny sekret. Wraz z upływem czasu Ódinn odkrywa niepokojące powiązania między przeszłością a jego ówczesnym życiem.

 

Yrsa buduje napięcie już od pierwszych stron, umiejętnie wprowadza elementy nadprzyrodzone, zachowując przy tym jednak równowagę między światem realnym a fantastycznym. Najbardziej zaskakuje mistrzowskie zakończenie, zupełnie niespodziewane, pozostawiające niedosyt i chęć poznania dalszych losów bohaterów. „Niechciani” nie należą do kryminałów po których nie można zasnąć, autorka nie stosuje krwawych scen i szokujących opisów, mimo to książkę czyta się jednym tchem z dreszczykiem na plecach.

Polecam ją wszystkim miłośnikom książek, nie tylko kryminałów!

Paulina

O tzw. Państwie Islamskim słyszał chyba już każdy. Co jakiś czas przykuwa ono uwagę mediów, najczęściej poprzez przeprowadzenie kolejnego krwawego zamachu lub egzekucji więźniów. Czym jednak tak naprawdę jest? Jak funkcjonuje, dlaczego istnieje, kim jest jego przywódca i dlaczego akurat to on pełni funkcję kalifa? Odpowiedź na te i wiele innych pytań znajduje się w książce francuskiego dziennikarza śledczego Samuela Laurenta zatytułowanej „Kalifat terroru.Kulisy działania Państwa Islamskiego”.

Przekrój informacji w niej zawartych jest zdumiewający: poczynając od historii, przez organizację społeczeństwa, analizę finansów, strukturę dowodzenia, ideologię, skład armii, aż po doktrynę wojenną, stosunki z innymi organizacjami, życiorys przywódców czy wreszcie plany na przyszłość. Wszystko to opisane jest w sposób bardzo przystępny czytelnikowi, sama treść może jednak wzbudzić niepokój. Autor zwraca uwagę na istotę funkcji jaką pełni kalifat w polityce międzynarodowej i wskazuje działania podejmowane w przeszłości przeciwko niemu.

Książkę tę zdecydowanie polecam przeczytać. Pomimo tego, że jej fragmenty nie są już aktualne, daje ona dużo szerszy obraz sytuacji niż typowe doniesienia ze świata mediów oraz pozwala lepiej je zrozumieć.

Robert Wilk

Już pierwsze zdanie „Inwazji” jasno wskazuje jaki jej typ zostanie przedstawiony w tej książce, a po zakończeniu Prologu absolutnie nikt już nie powinien mieć żadnych wątpliwości na czym będzie się koncentrować fabuła. ,,Inwazja” rozpoczyna się niezwykle spokojnie, wyjątkiem od codzienności jest niezwykły czarny dysk, który zostaje znaleziony przez 21-letniego Beau Starka. Rani on swojego znalazcę pomimo gładkiej powierzchni. Beau niebawem zapada na grypę i ląduje w szpitalu. Zadziwiająco szybko odzyskuje zdrowie. Niebawem jego dziewczyna – Cassy spostrzega subtelną zmianę  osobowości Beau. Tymczasem pojawiają się kolejne przypadki grypopodobnej choroby, szybko przeradzającej się w prawdziwą epidemię. Nocami zaś na niebie widać niesamowite deszcze meteorów…

Trzeba przyznać, że jest to jedna z najbardziej oryginalnych książek Robina Cook ‘a, zdecydowanie wyróżniająca się spośród jego dzieł. Autor ten z reguły tworzy thrillery medyczne dość twardo trzymające się świata rzeczywistego. Tym razem czytelnik nie wie, czego się spodziewać na następnej stronie, zaś wartka fabuła i „niekuloodporni” bohaterowie to zdecydowane atuty tej powieści. Oczywiście dochodzą tutaj szczegóły z zakresu medycyny, które są umiejętnie wplecione w tok akcji.

,,Inwazję” mogę polecić z czystym sercem zarówno wielbicielom thrillerów Robina Cook ‘a, jak i lubiącym fantastykę utrzymaną w konwencji zmagań ludzi z pozaziemską rasą.

Robert Wilk

W tej powieści Robin Cook wysnuwa na pierwszy plan jedną z najbardziej mrożących krew w żyłach i, w obecnych czasach, chyba najmocniej oddziaływującą na wyobraźnię chorobę: gorączkę krwotoczną Ebola. Rozwój wydarzeń śledzimy, jak zwykle u tego autora, obserwując jedną osobę –  jest to młoda i niedoświadczona pracownica Centrum Kontroli Epidemiologicznej Marissa Blumenthal, która wkrótce po otrzymaniu stanowiska zostaje zmuszona do zmierzenia się z tajemniczą chorobą, na którą zapada właściciel jednej z klinik medycznych. Szybko okazuje się, że jest on „przypadkiem wyjściowym”, od którego zarażają się kolejni ludzie. Tylko dzięki szybko i sprawnie przeprowadzonej kwarantannie udaje się uniknąć wybuchu epidemii, gdy jednak wszystko zdaje się wracać do normy, nieoczekiwanie pojawia się zupełnie nowe ognisko epidemii w innym szpitalu. Blumenthal rusza powstrzymać zabójczą chorobę, a w jej głowie zaczynają się rodzić przerażające przypuszczenia.

Książka ta ma wszystko, co jest potrzebne, by móc ją nazwać dobrym thrillerem medycznym: pomysł, fabułę, a także terminologię (i co za tym idzie, wiedzę autora), która pozwala czytelnikowi wczuć się w świat medycyny. Istotni są też bohaterowie, którzy nie są sztuczni, każdy z nich ma swoje motywy postępowania, wartości i przekonującą historię. Jedyne, co może irytować, to szczęście, które sumiennie przez całą książkę prześladuje Blumenthal, nie opuszczając jej, ani na chwilę. Trzeba jednak przyznać, że Cook bardzo umiejętnie buduje intrygę, stopniując napięcie i co jakichś czas zaskakując obrotem zdarzeń.

Niestety, powieść nie jest jednak wolna od wad. Otóż „Epidemia” pisana jest według schematu, który można wychwycić już po przeczytaniu trzech książek tego autora. Mimo to, fabuła długo trzyma czytelnika w niepewności, co więcej, zakończenie wbrew wszystkiemu jednak zaskakuje. Książkę uważam za wartą przeczytania, tym bardziej, że pokazuje ona (podobnie jak inne książki tego autora) współczesną medycynę, w której coraz mniejsze znaczenie ma chory, a  liczą się tylko pieniądze.

Robert Wilk

Zabójcza, błyskawicznie rozprzestrzeniająca się pandemia na którą nie ma lekarstwa niszczy całą cywilizację – oklepany temat, który był już z milion razy? Owszem, ale okazuje się, że i tak w oparciu o to można napisać bardzo oryginalną powieść. Pierwsze na co się zwraca uwagę po wzięciu do ręki  „bastionu” autorstwa Stephena Kinga jest waga książki oraz jej grubość, absolutnie rekordowa spośród wszystkich jego dzieł. I bynajmniej nie jest to wada, choć o tym można się przekonać dopiero w trakcie czytania. Co zaskakujące,  z początku książka przypomina rasowy thriller medyczny, nasuwając skojarzenia z powieściami Robina Cook’ a.

 

Akcja rozpoczyna się w momencie pośpiesznej ucieczki pracownika tajnego ośrodka badawczego, który w środku nocy wyrywa ze snu rodzinę i jak najszybciej wyjeżdża, byle dalej od bazy w której zdarzył się wypadek. Oczywiście, nie ma dla niego już ratunku – tak jak inni pracownicy został zakażony śmiertelnym, mutującym wirusem. Jego podróż dobiega końca na stacji benzynowej, gdzie umiera w ostatnim stadium choroby, infekując przy okazji próbujących mu pomóc, nieświadomych zagrożenia ludzi. Dalej fabuła rozwija się niespiesznie, wprowadzani są kolejni bohaterowie( np. sięgający dna artysta czy też głuchoniemy chłopak). W czasie gdy poznajemy ich historie, na drugim planie  rozprzestrzenia się zaraza, której nie powstrzymują ani leki, ani kwarantanna. W końcu następuje chyba najbardziej dramatyczny opis w całej powieści- agonia cywilizacji.

W tym miejscu rozpoczyna się zasadnicza część fabuły. Rasa ludzka nie wymiera całkowicie- nieliczni szczęśliwcy okazują się odporni na wirusa. Dawny świat przestał istnieć, teraz muszą  oni przeżyć w zupełnie odmiennych warunkach. Błąkających się bezładnie po opustoszałych ulicach wymarłych miast ludzi zaczynają nawiedzać sny, kierują ich one w jedno miejsce, gdzie wspólnie może odtworzą cywilizowane społeczeństwo. W siłę rośnie jednak drugi obóz, gdzie tajemnicza, demoniczna istota zbiera wszystkich zdeprawowanych w jednym tylko celu: by zniszczyć ostatni w Ameryce bastion-schronienie dobrych ludzi.

Książka ta jest napisana niezwykle umiejętnie, mimo bardzo rozbudowanej fabuły autor zdołał zachować logikę i spójność. Kolejnymi zaletami są niezwykle „obrazowe” opisy postaci oraz mistrzowsko oddana atmosfera chaosu i zamieszek w momencie załamania się cywilizacji. Ważnym jest też, że bohaterowie nie są niezniszczalnymi i nieomylnymi herosami. Stephen King pokazuje w tej powieści różne postawy człowieka wobec załamania się prawa i przedstawia najgorsze instynkty, które w nim drzemią. Zdecydowanie polecam tę książkę i przesłanie, które za nią idzie – wszak drzemiąca gdzieś w tajnych magazynach broń biologiczna nie jest fikcją literacką.

Robert Wilk

Budzisz się w ciemnej windzie. Nie wiesz co się z tobą działo, czemu tutaj jesteś, ani tym bardziej jak się tutaj znalazłeś. Winda powoli jedzie w dół zgrzytając, hamując i szarpiąc. Nagle staje w miejscu jednak zamiast drzwi uchyla się właz na górze. Ktoś rzuca linę za pomocą której udaje Ci się wydostać, ktoś inny mówi, że jesteście w gigantycznym labiryncie z którego musicie uciec. Trzęsienie ziemi jak u Hichcocka czy może niekoniecznie?

 

Thomas jest świerzynką wśród streferów – chłopców mieszkających w labiryncie. Od samego początku jego przybyciu towarzyszą dziwne wydarzenia, kilku mieszkańców darzy go szczerą nienawiścią mimo, że właściwie nic nie zrobił, nasila się chaos, a zaledwie po paru dniach przybywa kolejna osoba, pierwsza w Strefie dziewczyna. Nikt nie ma wątpliwości, Tom to ważny element całej układanki, jednak czy tak naprawdę chcą ją rozwiązać?

Im bliżej końca, dosłownie i w przenośni, tym więcej pojawia się wśród bohaterów wątpliwości czy naprawdę chcą opuścić labirynt. Wywołanych neurotoksyną fragmentów wspomnień ciężko nie pomylić z majakami, a ukazany w nich dom wcale nie jest bezpieczną ostoją. Porównując świat w którym żyją do tego ukazanego w wizjach, pełna zagrożeń strefa wydaje się rajem.

Główny bohater na pierwszy rzut oka wydaje się osobą sympatyczną, jednak jest w nim coś dziwnego co sprawia, że ciężko go polubić. Większość postaci w Więźniu jest bardzo płaska, a często ich jedyną cechą charakterystyczną jest, poza kolorem włosów, wspominana już nienawiść do Toma. Podczas czytania właśnie ten aspekt, poza koszmarnie napisanymi relacjami, najbardziej mnie irytował. Coś, co mogłoby zostać największą zaletą, urozmaicić powieść oraz nawiązać więź pomiędzy czytelnikiem, a postacią zostało potraktowane po macoszemu na rzecz niesamowicie pędzącej do przodu akcji. Wydarzenia, które spokojnie mogłoby potrwać tydzień tutaj trwa jeden-dwa dni. Zwłaszcza zawiązywanie przyjaźni zostało potraktowane jak zło konieczne.

Nie brakuje i zwrotów akcji, zwłaszcza ostatnia wiadomość pozostawia czytelnika z myślą „o rany, nie tego się spodziewałam.” Niestety ciągłe zmiany raczej utrudniają zrozumienie o co tak właściwie chodzi i wprowadzają zbyt dużo chaosu niż budują napięcie. Gdyby nie pojawiały się właściwie na każdym kroku byłyby największą zaletą tej książki.

Każdy pisarz usiłuje się jakoś pokazać, czasami upodabniając styl do modnego aktualnie autora, innym razem bazując na znanym uniwersum. Dziś wielu usiłuje się wybić korzystając z fali popularności Igrzysk Śmierci, trylogii autorstwa Suzane Collins. Nie brak więc teraz na sklepowych półkach historii o walczących na śmierć i życie nastolatkach w antyutopijnych czy też dystopijnych rzeczywistościach. Z co drugiej okładki krzyczą hasła „Najlepsza książka w duchu Igrzysk”, „Godny następca Igrzysk Śmierci”  czy inne, bardzo podobne do tych wymienionych. Tytuł, który dziś opisuję również „zachęca” czytelnika wszem i wobec zapewniając, że jest najlepszą trylogią od czasu The Hunger Games.

Patrząc na skromny opis z tyłu okładki nastawiłam się jeszcze bardziej sceptycznie, a początkowy entuzjazm właściwie wyparował. Doświadczenie nauczyło mnie, że po takiej reklamie dostanę co najwyżej powieść przeciętną. O dziwo Więzień Labiryntu zaprezentował poziom wyższy, co było dla mnie bardzo przyjemną niespodzianką.

James Dasher stworzył coś, co miłośnika klimatów postapokaliptycznych zajmie na kilka godzin i pozostawi z uczuciem niedosytu. Dla zwykłego, nastoletniego czytelnika Więzień Labiryntu może zostać przygodą, odskocznią od codziennej monotonii szkoła – dom. Powieść, chociaż całkiem nieźle się zapowiadająca, wiele traci chociażby z powodu nachalnej reklamy nie oddającej rzeczywistości świata przedstawionego. Mimo to czas spędzony na lekturze nie będzie do końca stracony, a ja sama za jakiś czas sięgnę po kolejne tomy tej trylogii.

Anna Zewar

Każdy z nas ma marzenia, coś czego pragnie. Co byśmy zrobili, gdyby ktoś zaoferował nam ich spełnienie – podarowanie ich za darmo?         Jest tylko jeden warunek: musimy spłatać wskazanej osobie niewinnego figla.

Właśnie na tym fundamencie jeden z najbardziej znanych pisarzy horrorów – Stephen King, oparł fabułę swojej książki zatytułowanej „Sklepik z marzeniami”. Do cichego miasteczka Castle Rock przybywa tajemniczy jegomość, który otwiera w nim tytułowy sklep. Na pierwszy rzut oka nic niezwykłego, w rzeczywistości jednak jest to  pułapka – pajęczyna, w którą wpadają mieszkańcy. Ceną za spełnione marzenie jest zrobienie komuś kawału, co wydaje się być śmieszną zapłatą. W mieście narastają jednak konflikty, odżywają dawne urazy, przyjaźń i miłość przeistaczają się w ślepą nienawiść. Narastająca atmosfera złości i nieufności wobec innych jest umiejętnie podsycana przez demonicznego sprzedawcę, który manipuluje ludźmi za pomocą ich marzeń.

Książkę polecam nie tylko wielbicielom prozy King’a. Do jej największych zalet trzeba zaliczyć niezwykle umiejętnie opisaną fabułę, stopniującą napięcie aż do samego finału oraz narratora – ironicznego, miejscami wręcz szyderczo opisującego postaci czy zdarzenia. ,,Sklepik z marzeniami” niesamowicie wciąga, tak że trudno się od niego oderwać – zwłaszcza pod sam koniec. Kolejnym atutem jest różnorodność bohaterów, których jak zwykle u tego autora jest cała gama, dzięki czemu zdarzenia śledzimy z rozmaitych perspektyw:  przykładnego  ucznia (pierwszego klienta w sklepie), szeryfa męczonego przez wspomnienia wypadku, w którym stracił rodzinę, czy impulsywnego urzędnika.

Książka jest przyjemną lekturą i warto po nią sięgnąć.

Robert Wilk

Pierwszym skojarzeniem większości osób na nazwisko Lucy Maud Montgomery jest tytuł jej najsłynniejszej powieści: „Ania z Zielonego Wzgórza”. Jednak poza serią książek o Ani Shirley spod pióra tej kanadyjskiej pisarki wyszły też inne, równie ciekawe, dzieła. Wśród nich znajduje się również niepozorny na pierwszy rzut oka „Błękitny zamek”. Podejrzewam, że literatura tego typu zainteresuje przede wszystkim panie. To właśnie do nich najszybciej przemówią opisane w tej powieści życie samotnej, niezrozumianej przez tyle lat kobiety oraz… obowiązkowy, jednak nie przytłaczający sobą opowieści, wątek miłosny.

Ta cienka książka jako jedno z nielicznych dzieł L. M. Montgomery nie opowiada historii dziecka. Główną bohaterkę – Joannę (w innych tłumaczeniach występuje pod imieniem Valency) – poznajemy gdy jest już dorosłą osobą, przed którą roztacza się przygnębiająca wizja staropanieństwa i ponurego życia pod jednym dachem z wymagającą matką oraz wiecznie niezadowoloną ciotką. Od dłuższego czasu kobiecie dokuczają bóle w klatce piersiowej. Diagnoza lekarza brzmi okrutnie: został jej już tylko maksymalnie rok życia. Joannie otworzyło to  jednak oczy i dodało odwagi do tego, by chociaż przez chwilę naprawdę żyć na swój sposób i zaznać szczęścia. W ciągu kilkunastu dni stała się dla bliskich zupełnie obcą osobą. A może raczej – dopiero teraz pokazała im, jaka jest naprawdę.

Jest to książka, którą zdecydowanie polecam każdej grupie wiekowej. Przemawiają z niej proste, jednak nie zawsze przez nas doceniane prawdy życiowe, przypominające, że zawsze warto marzyć, odnaleźć coś, co doda kolorów naszemu życiu oraz, że nigdy nie jest za późno na zmiany. W każdej chwili możemy zacząć kierować swoim życiem inaczej niż do tej pory. Dzięki temu może nas spotkać coś naprawdę wspaniałego – wystarczy tylko odnaleźć w sobie nieco odwagi.

Joanna Cel

 

Markus Zusak napisał niezwykłą powieść o dzieciństwie i życiu w cieniu II wojny światowej. Dlaczego jest ona taka niezwykła? Po pierwsze: całą historię poznajemy dzięki… Śmierci. Czujemy jej oodech na twarzy, gdy poufale opowiada nam historię złodziejki książek. Po drugie: akcję osadzono w jednym z miasteczek III Rzeszy. Niemcy i Niemki, których świat uważał za wrogów, w trakcie wojny wcale nie mieli łatwiejszego życia. Cierpieli tak samo, jak chociażby Polacy. Byli wśród nich kaci i oprawcy, ale także normalni ludzie, którzy nie godzili się z dyktaturą i prześladowaniami Żydów. To właśnie im poświęcono tę historię.

Złodziejka książek to piękna i wzruszająca opowieść o przyjaźni, odwadze i poświęceniu. Jak w życiu, tak i tutaj smutek przeplata się z radością, kreując bohaterów, którym chce się podać rękę i zabrać ich z tamtego okrutnego świata. Wysłuchujemy niezwykłych historii, które Śmierć okrasza czarnym humorem, metaforami i kolorami: o książkach kradzionych z ognia, o miejscu, które powinno być zajęte przez kogoś innego, o pierwszej miłości, która w innym świecie skończyłaby się zupełnie inaczej i… o odwadze, wobec której brak słów.

Gorąco polecam, tak dobrej fabuły dawno nie czytałam.

Ania Z.

Według mnie to najlepsza powieść Zygmunta Miłoszewskiego. Porywająca od pierwszej strony intryga, niesamowita akcja i rewelacyjne, inteligentne niekiedy ironiczne, poczucie humoru. Książki Miłoszewskiego  potrafią przestraszyć, rozśmieszyć i wzruszyć. Jego, znana już z poprzednich części, technika rozpoczynania akcji od przytoczenia wycinków z gazet, dotyczących świata, kraju, regionu, przeplatana  jest sarkastycznymi komentarzami. Głęboko zakorzeniona intryga i wyraziste postaci, dopełniają obraz kryminalnej szarady. Z każdą częścią widzimy zmianę Teodora Szackiego. Z ambitnego, młodego prokuratora („Uwikłanie”), po przechodzącego kryzys rozwodnika („Ziarno prawdy”), aż po statecznego mężczyznę próbującego ułożyć życie na nowo („Gniew”)…

Akcja „Gniewu” dzieje się w Olsztynie, otoczonym jedenastoma jeziorami, na przełomie listopada i grudnia 2013 roku. Teodor Szacki zostaje wezwany do sprawy zwanej w środowisku „odfajkowaniem Niemca”, czyli spisaniem znalezionych szczątków ludzkich (najczęściej pozostałości powojennych) i przekazanie ich na rzecz uczelni medycznej, aby jeszcze się do czegoś przydały. Tak było i tym razem, w podziemiach bunkra znaleziono stary szkielet, który został automatycznie przekazany do uczelni. Jakież było zaskoczenie Szackiego, kiedy następnego dnia otrzymał telefon z uczelni z prośbą o natychmiastowe spotkanie. Okazało się, że szkielet wcale nie jest stary, tylko ktoś zadał sobie wiele trudu, aby uzyskać taki efekt. Nie brakuje żadnej kosteczki, jest ich 206 – dziwne, że zwierzęta nic nie zabrały…. Ano nie zabrały, bo brakujące kości zostały uzupełnione kośćmi od innych osób. W międzyczasie spotyka kobietę, która prosi o pomoc, tak nieporadnie, że nie zyskuje zainteresowania Szackiego. Niestety, po kilku dniach znajduje ją w tragicznym stanie w jej domu, obok w kałuży mleka i krwi bawi się jej synek. Dziwne, ale obie sprawy okażą się ze sobą powiązane, a finał tej historii zaskoczy wszystkich, łącznie z prokuratorem Szackim – tym bardziej, że w sprawę zostanie wplątana jego córka…

Ania W.

Chyba każdy Polak słyszał o Monte Cassino i wie, co wydarzyło się tam w czasie II wojny światowej. Jeżeli tak nie jest, to ma już pierwszy powód, dla którego warto przeczytać tę książkę, aczkolwiek jednak nie jedyny.Dla wielu ludzi książka historyczna jest trudną lekturą, z wieloma datami i z suchym tekstem. Trzeba podkreślić, że autor nie przytacza w niej zawiłych wojskowych meldunków i na ich podstawie nie rekonstruuje tego, co się wydarzyło.

Książka wyszła spod pióra Melchiora Wańkowicza, korespondenta wojennego II Korpusu Polskiego, który opisuje w niej to, co widział na własne oczy, oraz zapisuje relacje żołnierzy walczących na pierwszej linii. Dzięki „żywemu” językowi i bardzo plastycznym opisom można łatwiej zrozumieć istotę tej bitwy (nie bez powodu nazywanej przez wielu najzacieklejszą bitwą II wojny światowej) i rozmiary jednego z najznamienitszych zwycięstw polskiego oręża. Książka ta nie ogranicza się jednak do zapisu przebiegu przełamywania Linii Gustawa i Hitlera, ale ukazuje także historie pojedynczych ludzi biorących w tym udział oraz najróżniejszych zdarzeń z tym związanych.

W „Monte Cassino” znajduje się dużo interesujących zdjęć uczestników tej bitwy, jest także mapa oraz szkic pola walki.

Zdecydowane polecam ją przeczytać, nie tylko zainteresowanym naszą historią. Jeżeli nie mamy czasu na tak ambitną pozycję – zawsze można przeczytać „Szkice spod Monte Cassino”, będące okrojoną wersją tej książki (pominięty prawie cały opis zdobywania Linii Hitlera).

Żadna inna z przeczytanych przeze mnie książek o tej bitwie nie zdołała zafascynować mnie tak bardzo, że nie byłem w stanie się od niej oderwać.

Robert Wilk

 

„Dziewczyna w błękitnej sukience” zaczyna się jak bajka albo zwykłe romansidło osadzone w dziewiętnastowiecznej Anglii: Dorothea jest młodziutka, naiwna i zamożna, zaś Alfred ubogi, utalentowany i wrażliwy na urodę i czar dziewczyny w błękitnej sukience. Ich wielka miłość pokonuje wszystkie przeciwności losu i wydaje się, że już na wieki będzie ich łączyć w jedność.

Ale wtedy bajka zmienia się w życie. Śliczna buzia i sympatyczne usposobienie to jedyne atuty niemądrej i próżnej Dorothei, zaś szarmancki i szalenie romantyczny Alfred pragnie od żony czegoś więcej – w przeciwnym razie wychodzi na jaw jego zmienność i humory. Nagle okazuje się, że zauroczenie, jakiemu ulegli, nie wystarczy do zbudowania szczęśliwego związku. Ona coraz bardziej się odsuwa od ludzi, nawet własnych dzieci, zamyka się w sobie, czuje się stłamszona; on szuka szczęścia w wielkim świecie – sławie, pracy, innych kobietach. Nietrudno sobie wyobrazić, jaki ta historia ma finał.

Historia małżeństwa inspirowanego związkiem Charlesa i Catherine Dickensów wciągnęła mnie bez reszty, czego zupełnie się nie spodziewałam, biorąc książkę do ręki. Trudno w końcu spodziewać się fajerwerków, skoro fabuła skupia się na rozterkach i przemyśleniach porzuconej kobiety.

Dla mnie główną zaletą tej powieści były wyraziste, dobrze odmalowane postacie. Nie sposób nie uśmiechnąć się nad dziećmi Gibsonów: impulsywną Kitty, nieśmiałym Alfiem, dobroduszną Lottie czy łobuzersko uroczym Eddiem.  Nie da się przejść obojętnie obok innych drugoplanowych postaci: stanowczej Sissy albo zagubionej, lecz wciąż pewnej siebie Wilhelminy. I wreszcie – niemożliwym jest nie pokochać Alfreda Gibsona – postaci barwnej, pełnej sprzeczności, tryskającej uczuciami, optymizmem i szalonymi pomysłami, a dzięki temu tak pełnokrwistej, że mam wrażenie, iż znam go i przyjaźnię się z nim od zawsze.

Paradoksalnie najmniej sympatii wzbudziła we mnie główna bohaterka. Dorothea wydała mi się dokładnie taka, jaką malował ją jej mąż w swych dziennikach – mało zaradna, słaba, zagubiona, nawet nieco głupia. Dużo więcej uczucia miałam właśnie dla Alfreda, pomimo jego chimerycznego, egoistycznego usposobienia.

„Dziewczyna w błękitnej sukience” urzekła mnie swą prostotą i realizmem. Czytałam ją z prawdziwą przyjemnością i z czystym sumieniem poleciłabym ją nie tylko pasjonatom Dickensa czy epoki wiktoriańskiej, ale także tym, którzy lubią przeczytać słodko-gorzką historię – czasem się zaśmiać, czasem zapłakać, ale przede wszystkim odnaleźć na kartach powieści ludzi takimi, jacy są w rzeczywistości.

G.J.

Główna bohaterka, czyli Achaja, jest córką Archentara władcy królestwa Troy i ma ona dziedziczyć po ojcu tytuł i tron. Władca decyduje się jednak na powtórny ożenek, którego efektem jest potomek płci męskiej. Zdeterminowana macocha pragnąc zabezpieczyć synowi przyszłość, organizuje wraz ze swoją rodziną spisek, a jego wynikiem jest powołanie Achai do wojska.

Księżniczka z pokorą znosi wyznaczone jej zadanie i stara się jak może, aby je wypełnić. Jest jednak przekonana, że po odbytej służbie będzie mogła wrócić na dwór, a może zostanie nawet wydana za jakiegoś szlachcica, przy boku którego spędzi resztę życia. Jej zdziwienie nie ma granic, gdy po przeszkoleniu zostaje wraz z innymi wojownikami wysłana na z góry przegraną bitwę, a później pojmana w roli niewolnicy. Od wojaków nauczyła się jednak, że aby przeżyć musi się dostosować do sytuacji, w której się znajduje i to właśnie dzięki tej zasadzie udaje jej się pokonać wszystkie zastawiane jej przez los pułapki.  Główna bohaterka jest postacią, którą doświadcza życie. Achaja jest silną i wytrwałą kobietą, która co rusz uczy się czegoś nowego, a po każdym cięższym przeżyciu stara się znów podnieść. Jej wola walki jest niesamowita! Powieść ta jest niezwykle lekka i łatwa w odbiorze. Bardzo podobały mi się w niej zwłaszcza dialogi, które w zależności od tego, przez przedstawiciela jakiej warstwy są prowadzone, są dopasowane językowo i stylistycznie. Wiele z nich okraszonych jest dodatkowo humorem, który dostarcza czytelnikowi sporo rozrywki. Akcja jest pełna różnych zawirowań, przez co czytelnik nie ma możliwości się nudzić i nawet nie czuje, kiedy pochłania te ponad 600 stron. Podstępne intrygi, drastyczne tortury, liczne utarczki zbrojne i pradawna, związana z bogami magia to tylko kilka elementów tej książki. Dodatkowo pisarz z lekkością porusza się w różnych warstw społecznych i w ciekawy sposób przedstawia je czytelnikowi. Jest to jedna z moich ulubionych serii fantasy. Polecam!

Robert

Carla Montero to hiszpańska pisarka, której twórczość była mi dotąd nieznana. Całe szczęście zmieniło się to za sprawą powieści „Szmaragdowa tablica”. Ta licząca ponad sześćset stron książka okazała się szalenie wciągającą historią, którą pochłonęłam w zaskakująco szybkim tempie. Akcja rozgrywa się w dwóch płaszczyznach czasowych. Początkowo mamy współczesny Madryt.

To właśnie tu, w Muzeum Prado, pracuje Ana. Jej spokojne życie kończy się z chwilą, gdy za namową swojego męża Konrada, zacznie szukać tajemniczego obrazu „Astrolog”. A wszystko za sprawą zagadkowego listu napisanego jeszcze za czasów drugiej wojny światowej. Aby lepiej poznać ten wątek, przenosimy się do okupowanego Paryża i przyglądamy się dążeniom Hitlera do odnalezienia obrazu „Astrolog”, który rzekomo skrywa wielki sekret. Do tej sprawy został oddelegowany zasłużony żołnierz, major SS Georg von Bergheim, który wkrótce potem trafia na ślad francuskiej Żydówki, Sarah Bauer… Historia nakreślona przez psiarkę jest bardzo dopracowana. Bez trudu wciągnęłam się w zawiłe i bolesne wydarzenia, które rozpoczęły się w dalekiej przeszłości i trwały nierozerwalnie przez wiele lat do czasów obecnych. Odkrywanie kolejnych tajemnic było okraszone silnymi emocjami i zaskakującymi faktami. Nie mogłam się oderwać od tej lektury, póki nie dotarłam do końca. Powyższą książkę polecam wszystkim, którzy pragną poznać nieszablonową opowieść o zakazanej miłości, z wojennymi elementami w tle. Pozdrawiam!

Gośka

Co mnie najbardziej zachwyciło w tej książce? Główny bohater. Uwielbiam jego działania, tok myślenia i postępowanie. Mimo, że czasem zdaje się być gburem to w pełni mi się spodobał. Bardzo lubię matematykę i jej możliwości, tym bardziej spodobało mi się, że główny bohater posługuje się nią w śledztwie. Ale nie o bohatera tu tylko chodzi. Popełniane zbrodnie i prowadzone dochodzenia niesamowicie mnie zainteresowały i wciągnęły w świat Popielskiego. Niebezpieczne intrygi porywają czytelnika.

Rok 1946, Wrocław. Leokadia, kuzynka Edwarda Popielskiego, jest torturowana w więzieniu o wydanie pobytu Edwarda przez pułkownika Brzozowskiego. Sytuacja Popielskiego się pogarsza gdy córka pułkownika zostaje porwana, a charakterystyka porywacza pokrywa się z jego wyglądem. Sam zainteresowany ukrywa się w niezwykłym miejscu i dowiedziawszy się o sprawie postanawia poprowadzić swoje własne śledztwo w sprawie porywacza, gdyż ma podejrzenia iż jest to sam człowiek, którego ścigał przed lat. Po przeczytaniu poprzedniej części byłam oczarowana książką i byłam bardzo szczęśliwa, kiedy zobaczyłam w zapowiedziach kolejną, lecz niestety ostatnią część cyklu o Edwardzie Popielskim. Jedną z wielu rzeczy, którą autor mnie zaskoczył było wplecenie akcji w lata 30 i 40, a uczynił to takim sposobem, że mnie to zainteresowało.  Polecam !!!

Kaśka

Igrzyska śmierci

Wygłoszone radosnym i pełnym entuzjazmu tonem „Happy Hunger Games” słyszała chyba większość z naszej populacji uczniowskiej. Każdy wie kim są Katniss Everdeen, Effie, albo Peeta. Jednak film rzadko kiedy dobrze odzwierciedla powieść i jeśli jeszcze nie czytaliście „Igrzysk Śmierci” autorstwa Suzanne Colins, to bierzcie się jak najszybciej do dzieła.

Niesamowitą zaletą powieści jest specyficzny klimat Dystryktu Dwunastego, Kapitolu, a zwłaszcza areny. Narracja pierwszoosobowa pozwala o wiele silniej wczuć się w postać biednego, wyciągniętego z domu i posłanego na śmierć trybuta. Mamy całą gamę emocji, od strachu, przez zdumienie do determinacji i zachwytu. Przebywanie w głowie Katniss sprawia, że całość nabiera zupełnie innego, bardziej osobistego wydźwięku.

Kolejną sporą zaletą są postacie i nie mówię tu o głównych protagonistach i antagonistach, ale o rolach drugoplanowych, chociażby odważnej i uroczej Prim czy biednej Awoksie. W filmie brakuje wielu fascynujących charakterów, przez które całość nie ma już tak silnego przekazu. Najbardziej polubiłam córkę burmistrza Madge, która chociaż w pierwszej części tej znanej trylogii nie odegrała wielkiej roli, to już w następnej ma swoje dobrze wykorzystane dwie minuty.

Jednak w całej historii największe wrażenie zrobiło na mnie celowe, bądź też i nie, okrucieństwo prezydenta Snowa oraz kapitolczyków. To, jak bardzo ci ludzie dążą do luksusu, świetnej zabawy, show, nie zważając na uczucia tych, których kosztem urządzane jest przedstawienie. Nie traktując ich jak ludzi, a co najgorsze przez swoje wychowanie nie widząc w tym nic złego. Ich naiwność jest jednocześnie przerażająca i urocza, urocza bo są jak małe dzieci, straszna ponieważ nikt nie nauczył ich jak oddzielić dobro od zła.

Kiedy już mowa o postaciach i ich charakterach warto zatrzymać się na moment przy samej Katniss, która mimo realistycznych odruchów, a także zachowań zdawała się być nieco zbyt idealna. Najmocniej widać to było patrząc na zachowania ludzi dookoła niej, na podziw Cinny, Peety, dość często, moim zdaniem, niezasłużony. Od samego początku kreowana, przynajmniej w moim odczuciu, na zwyczajną dziewczynę, która musiała nagle stać się głową rodziny, nagle staje się ikoną.

W skali od jeden do dziesięć Igrzyska dostałyby u mnie mocną siódemkę, zwłaszcza za to co zrobiła Katniss w ostatnim rozdziale. Książkę mogę z czystym sumieniem polecić za równo miłośnikom fantastyki, jak i osobom nieprzepadającym za czytaniem w ogóle. Gwarantuje, że przy czytaniu „Igrzysk”, a może i później „W pierścieniu ognia” oraz „Kosogłosa” będziecie się dobrze bawić. Polecam do tego kubek gorącej herbaty oraz ciepły kocyk jako plan na chłodne już niestety jesienne wieczory.

Anna Zewar IIC